Nie mam wspomnień, do których można wrócić, nie mam braków w talerzu ani pustego miejsca przy stole. Tylko ja i ten sam pokój, który zna każdy mój oddech. Cisza w święta jest inna, gęstsza, jakby ktoś ją specjalnie rozlał po ścianach. Siedzę i słyszę własne ciało. Słyszę myśli, które nie składają się w zdania. Wszyscy gdzieś jadą, wracają, przytulają się mechanicznie, a ja nawet nie zazdroszczę. Bardziej boli świadomość, że to nigdy nie było dla mnie. Że nie straciłem, tylko od początku byłem pusty w tym miejscu. Święta obnażają to najczyściej. Że nie czekam. Że nikt na mnie nie czeka. Jem byle co, śpię w ubraniach na podłodze, a światło gaśnie samo. Czas się ciągnie, jakby też nie miał planów. Nie ma momentu kulminacyjnego, nie ma ulgi. Jest długie trwanie, ciężkie, lepkie. Samotność nie krzyczy, ona siedzi cicho i patrzy, aż przestanę się ruszać. I tak mija kolejny dzień, nazwany świętem, którego nigdy nie miałem i którego nawet nie potrafiłbym udawać.
Dzieciństwo bez czekania, bez tej całej narracji, że coś się wydarzy. Był pokój i byłem ja, mniejszy, cichszy, już wtedy trochę obok. Pamiętam zimno od podłogi i zapach kurzu, nie zapachy z kuchni. Pamiętam, że dni niczym się nie różniły, tylko dorośli byli bardziej zmęczeni, jeszcze bardziej nieobecni. Nikt niczego nie tłumaczył. Nie było zakazu ani zgody, po prostu brak. Jakby święta istniały gdzie indziej, tam, za ścianą, w innym mieszkaniu, do którego nie miałem klucza. W telewizji dzieci dostawały prezenty i wyglądały na obcych. Patrzyłem na to jak na instrukcję życia, którego nie będę używał. Nie czułem żalu, raczej lekkie odrętwienie, które zostało do dziś. Teraz wraca w tych dniach mocniej. Jak echo tamtego chłodu. Jak potwierdzenie, że nic się nie zepsuło, bo nic nigdy nie działało. Dzieciństwo nie dało mi punktu odniesienia, więc dorosłość nie ma czego powtarzać. Jest ciągłość pustki, równa, stabilna. I tylko ciało pamięta inne rzeczy niż kolędy. Pamięta chłód, zmęczenie, sen, który nie przychodzi. Stoję na balkonie i patrzę, jak świat udaje pauzę. Nic nie świętuję. Po prostu trwam.
Ciało. Pamięta lepiej niż głowa. Że święta wracają w nim jak napięcie, nie jak obraz. Ramiona sztywnieją bez powodu, żołądek ściska się jak przed czymś, co nigdy nie nadchodzi. W dzieciństwie też tak było. Leżałem i czekałem, choć nie wiedziałem na co. Czekanie było nauczone wcześniej niż słowa. Teraz jest tak samo, tylko wiem, że to puste. Ciało dalej się przygotowuje, jakby miało się wydarzyć coś ważnego, a ja patrzę na to z boku, zmęczony własną fizjologią. Oddycham ciężej, śpię płycej, wszystko boli bardziej. Trochę tak, jakby organizm nie dostał informacji, że to nie dla nas. Że nie ma gości, nie ma stołu, nie ma nagrody za wytrzymanie roku. Jest tylko ten stary mechanizm, który mieli mnie od środka, aż święta się skończą i znów będzie można udawać, że to był zwykły czas.
Jest jeszcze pamięć obcych świąt. Cudzych. Przechodzone klatki schodowe, zapachy, które nie były moje. Słyszałem śmiech zza drzwi, talerze, głosy zebrane razem. Stałem wtedy cicho, żeby nikt nie zapytał, czemu wracam sam. Nauczyłem się znikać wcześnie. Nie przeszkadzać cudzym rytuałom. To zostało. Do dziś poruszam się wolniej w te dni, jak intruz we własnym życiu. Nawet myśli chodzą na palcach. Niczego nie chcą, niczego nie dotykają. Jest we mnie zgoda na brak, ale ona nie daje spokoju. Jest ciężka. Jakby całe to nieświętowanie było pracą, którą wykonuję co roku bez przerwy. Siedzę, patrzę w ścianę, czasem w okno. Światło z cudzych mieszkań odbija się w szybie i znika. I myślę, że to chyba jedyna tradycja, jaką mam. Przetrwać. Bez świadków. Bez sensu. Do końca dnia.
Noc w końcu przychodzi i nie wnosi nic nowego. Jest długa, lepka, źle ułożona w ciele. Zegar chodzi głośniej, jakby chciał przypomnieć, że jednak istnieje porządek, nawet jeśli mnie w nim nie ma. Leżę i liczę dźwięki z ulicy. Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Pojedyncze samochody. Ktoś trzaska drzwiami. Potem znów martwa cisza. Myślę o tym, jak łatwo ten dzień mija bez śladu. Nie zostawia we mnie nic do opowiedzenia. Rano wszystko będzie takie samo, tylko trochę cięższe. Wstanę bez ceremonii. Zjem coś zimnego. Spojrzę na ręce, obejrzę nadgarstki, dotknę policzków. To moje? Skóra jest obca, jakby należała do kogoś, kto już wyszedł. Dotykam ostrożnie, sprawdzam granice. Ból pojawia się szybko, czysto, bez historii. Sprawdzam, czy reaguję. Czy coś we mnie odpowiada. Dzieciństwo nauczyło mnie, że cisza trwa za długo, więc czasem trzeba ją przerwać czymś fizycznym. Krzywda jest prosta, i szybka. Przez chwilę wszystko się zbiera w jednym punkcie, myśli przestają się rozchodzić. Jestem tu.
Na koniec zostaje sprzątanie po sobie. Papier, woda, zimno. Ciało robi się ciężkie. Nie ma katharsis, już nawet nie ma wstydu. Jest fakt. Ślad, który znika wolniej niż bym chciał. Stoję oparty o ścianę i czekam, aż głowa znów się rozpadnie na części, które da się znieść. Święta mijają w tle, kompletnie obojętne na to, co tu się wydarzyło. Ja też jestem obojętny. Zostało jeszcze trochę krwi na podłodze. Jestem żywy, ale jakby tymczasowo. I może to wystarczy, żeby dotrwać do rana. A ja zostanę na tej podłodze, cicho, ostrożnie tu usiądę, jak ktoś, kto sam sobie zrobił miejsce i sam je zaraz zamknie.
A jak wyglądają twoje święta?
Jestem Kacper. Jak ten duszek, wiesz?