Wchodzę do sklepu. Chaos. Ludzie, światła, dźwięki, wszystko mnie atakuje. Za głośno, zbyt jasno, każdy dźwięk, każda rozmowa to szok, uderzenie. Każde spojrzenie, serce zaczyna walić, wpadam w panikę, chcę uciec, tracę orientację, nie wiem gdzie jestem, bo wszystko zlewa się w jedno. Czuję wzrok na sobie, przenika mi do mózgu. On wie? Zakładam kaptur, uciekam, odcinam się od ludzi, od siebie, od tych myśli, które zaczynają się przepychać w głowie. Nie chcę ich słyszeć. Robię zakupy, żeby później je odłożyć. Zapomniałem, zapomniałem. Biorę je znowu, bo zapomniałem, zapomniałem. Ktoś patrzy, ktoś widzi. Kolejka się dłuży, zapominam, ktoś mnie popycha, robi się ciasno, mówię, że przepraszam, ale nie rozumiem. Znowu spojrzenia. Patrzę na swoje ręce, trzęsą się, oddech cięższy. To nic. Płacę za zakupy, mówię, że tak, wszystko dobrze, wszystko dobrze, jestem zmęczony. Wracam do domu. Kim jestem?
Kolory są dziwne, wyblakłe albo zbyt nasycone, wszędzie plastik, plastikowe twarze, plastikowe drzewa. Patrzę na ludzi, na ulice, ale to wszystko wydaje się nierealne, to bajka, wszystko jest wymyślone, sztuczne. Moje ciało należy do kogoś innego, mnie tu nie ma. Gubię się, gubię, nie wiem gdzie jestem, sprawdzam mapę, sprawdzam godzinę, zapomniałem. Chaos.
Zamykam drzwi. Coś we mnie siedzi, wszędzie echo, echo tego, co zrobiłem, co miałem zrobić, a o czym już zapomniałem. Koszmar? Obudzę się? Istnieję? Robię herbatę. Wrzucam torebkę, zalewam wodą, ciepło kubka parzy mnie w dłonie, czuję, ale nie reaguję. Oddycham. Czuję ból, to jedyne, co jest prawdziwe. Istnieję. Łzy.
Coś do mnie mówią, a ja kiwam głową, odpowiadam, ale wewnętrznie jestem pusty. Nie ma emocji. Patrzę, słucham, ale to wszystko mnie nie dotyczy. Próbuję coś powiedzieć, ale słowa się rozsypują, to nie mój głos, nie moje myśli. W połowie łapie mnie inna myśl, kolejna i kolejna. Chaos. Ktoś rzuca żart, wszyscy się śmieją. Stoję obok, próbuję się uśmiechnąć, ale nie czuję nic. Patrzę na nich i wiem, że to śmiech, wiem, że to żarty, ale w środku cisza. Istnieję?
Budzę się, ale jakbym nie spał. Ciemność, nie mogę ruszyć ręką, bo ciało nie jest moje i nie wiem, czy jestem tu, czy jeszcze tam. Gdzie byłem całą noc? Zawsze boję się zasypiać, bo wiem, że to wróci, boję się budzić, bo to wróciło. Wstaję, próbuję się ogarnąć, ale wszędzie mgła. Biorę telefon, ale nie mogę się skupić. Czytam wiadomości, ale zanim przeczytam do końca, nie pamiętam, co było na początku, tracę wątek, boję się, gubię się. Przepraszam, możesz powtórzyć? Przepraszam, nie rozumiem. Powoli. Jeszcze raz.
Telefon? Domofon? Coś słyszę, ale nie chcę żadnego głosu. Boję się tego, co usłyszę, strach. Strach, że usłyszę coś, co nie jest prawdziwe, że to będzie dźwięk bez znaczenia, usłyszę pustkę. Siedzę godzinami, nieruchomy, patrzę w jeden punkt, nie robię nic. Pusto. Pustka. Jestem cień. Patrzę na siebie w lustrze, ale nie wiem, kim jestem. Próbuję przypomnieć sobie, że to ja, ale… istnieję? Widzę siebie, wiem, że to ja, ale oczy obce, to nie moje oczy.
A wieczorem jest jasno, a każdy dźwięk przeraźliwie głosy. Szum, pisk, rozsadza mi głowę. Próbuję zasnąć, ale to wraca, każda scena z dnia, każdy szczegół, przeżywam to od nowa, żyję w pętli. Płaczę, płaczę, płaczę. Cisza, pustka. To wróci, ten sam dzień, ten sam chaos, te same pytania, na które nie umiem odpowiedzieć, rozmowy i spojrzenia, stres, bijące serce, ból i chaos. Jutro będzie tak samo. Tak wygląda wieczność?